W kinie zawsze bardziej ceniłem treść, której jakość była dla mnie podstawowym wyznacznikiem jakości filmu jako całości. Forma była dla mnie na drugim miejscu, była miłym dodatkiem - czymś dla ciała, podczas gdy dusza potrzebowała pożywić się ambitną, pogłębioną fabułą. Po prostu lubię gdy reżyser podejmuje próbę opowiedzenia historii, która opisując fragment Uniwersum, pozostawia po sobie jakiś temat do własnych przemyśleń. Jeśli interesująca treść współgra z formą prezentujących ją obrazów, film taki uznaję za bardzo dobry i godny polecenia...
Treść filmu Avatar została ulepiona z oklepanych przez tysiąclecia lecz ciągle żywotnych i funkcjonujących w zbiorowej podświadomości obrazów. Mamy tam więc między innymi archetyp bogini-matki, starego mędrca, dobrego i złego wojownika, walki szlachetnych sił natury z siłami pragmatycznego rozumu, miłości wbrew podziałom, itd. Powiedzmy, że odwołanie się do archetypów jest inteligentnym zabiegiem twórców tego obrazu: wkłada do filmu bogactwo zapożyczonej treści, bez konieczności wymyślania czegoś na nowo. Jest to rozwiązanie stosunkowo proste, a zarazem skutecznie broniące film przed zarzutem jałowości. Zabieg ten pozwolił reżyserowi skoncentrować się na tym, na czym tak na prawdę mu zależy - na obrazie. James Cameron słynie z monumentalności swoich dzieł (fani gatunku SF z pewnością cieszą się, iż autor ten po przeszło 10 latach od premiery ostatniego filmu "Titanic", swoim kolejnym dziełem powraca do reżyserskiej kolebki), a Avatar w wersji 3D po prostu na prawie trzy godziny WGNIATA WIDZA W FOTEL. Stworzenie tego filmu w wersji trójwymiarowej zajęło reżyserowi 2 lata i pochłonęło setki milionów $ - jestem pewien, że się zwróci. Efekty są tak dopieszczone, że oglądanie tego filmu w domu po protu nie ma sensu, koniecznie trzeba pójść do dobrego kina. I jest to najlepsza odpowiedź, jaką może dać twórca na zjawisko piractwa.
Ja siedziałem oszołomiony i oczarowany - obraz zwyciężył.
PS. apropo treści: jak słusznie zauważył ksiądz Wojtek, film przemyca prawdę, że aby być prawdziwym człowiekiem, trzeba przestać nim być (podobnie mają się sprawy w filmie "district 9").
Ja siedziałem oszołomiony i oczarowany - obraz zwyciężył.
PS. apropo treści: jak słusznie zauważył ksiądz Wojtek, film przemyca prawdę, że aby być prawdziwym człowiekiem, trzeba przestać nim być (podobnie mają się sprawy w filmie "district 9").






